No, ponieważ się narzeka, że za mało napisane, oraz, że ceny się chce znać, to już dodaję kolejny wypis. Otóż, w sprzedaży detalicznej ceny kształtują się jak następuje:
1. piwo w knajpie – 5euro
2. piwo w sklepie (0,33 – to się bardziej opłaca) – 2 euro (można znaleźć tańsze, ale nie wszędzie. To sobie wyobraźcie, ile się musiałem nachodzić…)
3. fajki – 5 euro za Camele. Pff! Nie ma mowy! Koniec fajkam
I w największym skrócie, to takie są ceny. Najwięcej płaci się tutaj za bycie gdzieś. Czyli przykładowo, za obiadek zrobiony sobie w domu zapłacimy nie tak znowu wiele. A najtańszy makaron można dostać nawet za równowartość polskiej złotówki! Można więc, przy diecie zróżnicowanej jak krajobraz Sahary zjeść nawet i taniej niż u nas. Ale – za kebab na mieście 8-9 euro. No to wystaw sobie! No i ta cudowna fińska kawa! Tfu!!! Na psa urok! Zazdroszczę wszystkim smakoszom kawy wszędzie indziej na świecie. I współczuję Finom. Ale cóż, się chciało zawędrować tak daleko na północ, to macie. A raczej nie macie.
Ostatnio, jako się rzekło, niewiele tu zaglądałem, a do opowiadania przecież się zebrało sporo. Ale teraz to już sam nie wiem, czy pisać, czy nie. Bo tak; pierwszy post był dzisiaj po południu, a tu zaraz drugi wieczorem, jakoby dłuższy i jakoby bardziej rozgadany. To sobie pomyślicie: pijany. Ale nie! Trzeźwy jak ta bela! Słowo honoru! Po prostu mię niejaki K. (G. – zależy dla kogo) zmotywował, że mało piszę. No to sobie pomyślałem -no właśnie, nie ma co, trzeba trochę dodać.
Do przystanku mam jakieś 500 metrów. I to nie byle jakich, bo pod górkę (tzn. z przystanku do siebie pod górkę, a odwrotnie w dół) i przez las, albo – przez osiedle domków, które wyglądają jak z jakiegoś amerykańskiego przedmieścia. I wcale tam nie mieszkają bogacze. Np. wczoraj wracając z zakupów (20 euro za dwa chleby dwa mleka, jajka w liczbie 10, jakiś sok i po skromnym kawałku sera y szynki) spotkałem na przystanku średniego wieku finkę, która mi PO FIŃSKU wytłumaczyła, że mieszka na tym właśnie osiedlu i jest pielęgniarką w szpitalu. No! – sobie pomyślałem – jak ja z tobą po fińsku rozmawiam i ty się tak do mnie uśmiechasz i rozumiesz, to ja się już nie będę dopytywał, jaki to szpital, bo się okaże, że właśnie tam jesteśmy> Ale! Bo też i fiński nie jest wcale a wcale taki trudny. Najważniejsze są miejsca. Jak już wiesz, że mieszkasz na Ketunleivankatu, i że chcesz się dostać na Yliopisto, to już sukces. No i wiadomo – mina olen puolalainen. A lutka i tolen putki, to w ogóle oni nie rozumieją. Próbowałem bez rezultatu…
A tu jeszcze na dobranoc zamieszczam wspomnianą już drogę na przystanek i sam przystanek. Emocjonujące, co?

No w końcu! Tak się jarałem tym wpisem i emocjonowałem, że musiałem czytanie sobie na 2 części rozdzielić!
Ceny znam z Norwegii… Dramat! Ale i tam udało mi się znaleźć jakieś tanie piwo z puszki 0,5l, które nawet dało się pić. Trzeba się jednak nachodzić/najeździć.
Co do kawy: nie wiem czy czytałeś mój wpis:
http://k4nia.wordpress.com/2011/08/20/balkany-sierpien-2011-czyli-podroz-zycia/
O kawie to jeszcze napiszę, może jutro, u siebie krótką notkę. Nie omieszkam Cię w niej ująć!
[...] wychodzi naprawde przezajebista, ale… Ale tez trzeba miec “dobra” kawe. Kwasek na swoim blogu narzeka na standard kawy w Finlandii. Ja troche ponarzekam na Niemcy. Otoz kupilem w Serbii [...]
Jak powiedzial, tak zrobil:
http://k4nia.wordpress.com/2011/09/01/kawa-moja-wspaniala-kawa/